polska droga do wolności

Warszawskie biuro wyborcze „S” – NIESPODZIANKA

„Niespodzianka” – to najsłynniejsze biuro wyborcze „Solidarności” w Polsce podczas transformacji ustrojowej 1989 roku. Mieściło się w Warszawie, przy placu Konstytucji. W szczytowym okresie kampanii wyborczej „Solidarności” przychodziło do nas ok. piętnaście tysięcy ludzi – codziennie!

Zasłużony opozycjonista, Janek Lityński (mój nieformalny szef w tzw. podziemiu, nazywany „Lit”-em) mianował mnie kierownikiem tego biura w połowie kwietnia 1989 roku. Miałem zaszczyt być w nim od początku aż do końca kampanii wyborczej „Warszawskiego Komitetu Obywatelskiego Solidarność”. To był czas niezwykle żywiołowej kampanii wyborczej, podczas której mielismy wszyscy świadomość, że osobiście zmieniamy ustrój Polski. Przerabialiśmy PRL na państwo demokratyczne. Wtedy też dla mnie, wówczas 30-latka, polityczna rzeczywistość była prosta. M.in. udzielając jednego z wielu wywiadów, odpowiedziałem japońskiej telewizji NHK, na pytanie: „co będzie po wyborach?” krótko i treściwie (choć naiwnie): przejmiemy od komunistów władzę i będziemy rządzić

Skąd nazwa „Niespodzianka”? Tak nazywała się w czasach PRL dość podłej proweniencji kawiarnia, która mieściła się w lokalu przy placu Konstytucji 6. Miała 3 poziomy: podziemie, w których była niegdyś winiarnia oraz kilka pomieszczeń gospodarczych. Zrobiliśmy tam sztab wyborczy. Na parterze (na poziomie Pl. Konstytucji), po lewej stronie od wejścia urządziliśmy dużą salę, w której odbywały się konferencje prasowe dla dziennikarzy. Po prawej stronie mieliśmy stanowiska naszych wolontariuszy, którzy udzielali wyjaśnień tłumom Warszawiaków odwiedzających codziennie nasze biuro. Na wprost wejścia miałem małe biuro, wydzielone płytami, w którym mieściło się zaledwie moje biurko, szafa  i bodaj dwa krzesła. Zaraz za nim było zejście po schodach do podziemi oraz wejście schodami na antresolę.  Na niej mój kuzyn Adam (to nie był „nepotyzm”, pracował za darmo) przez całą kampanię, od rana czasem do bladego świtu, z małą przerwą na sen, powielał materiały wyborcze na dużej kserokopiarce. Zawarłem wtedy bodaj pierwszą w PRL umowę leasingu tej kserokopiarki – nie mieliśmy pieniędzy na zakup, a była nam niezbędna. 

Byłem w „Niespodziance” od pierwszej chwili. W połowie kwietnia 1989 prosto z mieszkania „Lita” pojechaliśmy wraz z Krzysztofem Mordzińskim (później sekretarzem WKO „S”) do nieczynnej, b. kawiarni „Niespodzianka”. Miała dość przestronną salę główną, usytuowaną nad nią i o połowę mniejsza antresolę oraz jeszcze mniejszą salkę z zapleczem w podziemiach. Ledwo weszliśmy do lokalu, krokiem zdobywcy – w krótkich spodenkach, spod których wyłaziło obfite i przerażające owłosienie kończyn dolnych – wkroczył Zbigniew Hołdys. Zaraz za nim przydreptał malutki, niepozorny architekt, który rozkładając plany opowiadał się za wizją następującą – sama „Niespodzianka” jest ważna, ale tu się coś wymyśli. Ważniejszy jest spory plac przed nią – trzeba ustawić tam olbrzymi maszt, z powiewajaca chyżo flagą „Solidarności”. Obliczenie wysokości tego masztu było nadzwyczaj proste – „ma być tak wysoki, żeby z KC PZPR było go widać!”. Rozmaici dziennikarze męczyli mnie później, bez przerwy dopominając się, kiedy będziemy ten masz montować. Ostatecznie nigdy nie zdążyliśmy go postawić.

„Niespodzianka” stała się wkrótce przyczółkiem „S” w stolicy, drugim po gmachu Krajowego Biura Wyborczego „S”, usytuowanym naprzeciwko ówczesnego hotelu „Victoria” (obecnie Sofitel), po drugiej stronie obecnego pl. Piłsudskiego (prawa strona Grobu Nieznanego Żołnierza). „Niespodzianka” była okrętem flagowym „Solidarności” w uzgodnionych z PRL-owską władzą  częściowo wolnycyh wyborach. Biuro Wyborcze Warszawskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” miało koordynować ustrojową Victorię w województwie stołecznym warszawskim oraz za granicą (Polonia głosowała na okręg I – Śródmieście). Z naszego okręgu kandydowali do Sejmu: Jacek Ambroziak, Janusz Byliński, Ryszard Bugaj, Jerzy Dyner, Andrzej Łapicki, Andrzej Miłkowski, Jacek Kuroń, Maria Sielicka-Gracka, Zbigniew Janas. Do Senatu: Władysław Findeisen, Anna Radziwiłł, Witold Trzeciakowski.

Przez dzień lub dwa udzielałem się w Biurze Krajowym „S”, jednak dla mnie było tam strasznie nudno. Lit przeniósł mnie zatem do „Niespodzianki”. Warszawskiego dachu nad głową użyczył mi (nie mieszkam w stolicy, lecz w Zagłebiu) przez pierwsze dni, zupełnie niepodobny do prawnika Janek Latkowski, późniejszy burmistrz war­szawskiego Śródmieścia. Na ogół sypiałem potem po trzy – cztery godziny na dobę w „Niespodziance”. Tryskałem wtedy energią, szybko zorganizowałem potrzebne służby: informacyjną i porządkową. Na antresoli mruczały komputery, gromadzące dane o osobach zgłaszających chęć pomocy. Większość z nich miała być „użyta” dopiero w dniu wyborów, w godzinie „W”. Tę ściśle tajną akcję, polegającą na pikietowaniu lokali wyborczych, wymyślił chyba Adam Glapiński (obecny prezes NBP). Wtedy miał pilnować służby porządkowej, ale to nie było zajęcie dla niego. Całkiem nieźle radził sobie w tej roli siedemnastoletni wówczas syn któregoś z opozycjonistów. Urodziwej córce Jacka Szymanderskiego powierzyłem szefostwo służby informacyjnej naszego biura wyborczego. W naszym biurze pracowało „na okrągło” kilkadziesiąt osób, tylko w kiosku obok 2-3 osoby. „Niespodzianka” stała sie wtedy moim domem – byłem tam praktycznie zawsze, spałem na prowizorycznym posłaniu w podziemiu, czasem u kogoś w domu.

Trzy lata po wyborach, w „Dzienniku Polskim”, wówczas poseł UD Henryk Wujec, mówił o mnie: „Pamiętam go z «Niespodzianki». Zawsze zabieganego, zapracowanego. Wszędzie go było pełno – biegał z jakimiś materiałami, robił dużo szumu, można było odnieść wrażenie, że tworzył wokół siebie swoistą aurę zauważalności. Generalnie postrzeleniec, który nie wiadomo, co wymyśli. Coś mu w środku tak buzuje (…)”.

Moja przygoda z kampanią wyborczą zmieniającą ustrój Polski trwała ponad cztery miesiące. Były to szalone, radosne dni. Bardzo szybko staliśmy się nieformalnym centrum wyborczym opozycji w kraju. Krajowe Biuro Wyborcze „S” funkcjonowało jak biuro: od – do.  „Niespodzianka” była otwarta całą dobę! Wszyscy pracowali społecznie, z niesłychanym entuzjazmem. To przyciągało ludzi – u nas zawsze był tłok. W szczytowym okresie kampanii, jak wynikało z obliczeń, codziennie kontakt w różnych formach miało z nami aż piętnaście tysięcy osób!

Miałem  mnóstwo  pomysłów, zdaniem  statecznych, warszawskich opozycjonistów – szalonych. Chciałem zorganizować na Służewcu gonitwę konną o puchar przewodniczącego „S”, także bankiet za płatnymi (słono) zaproszeniami z elitą „S”. Niestety pomysły te nie znalazły zwolenników. Mówiono mi. że są zbyt „hollywoodzkie”. Tylko jeden pomysł udało mi się zrealizować. Przejąłem kiosk „Ruchu” obok naszego biura – i sprzedawałem tam wszystko, co wówczas było wywrotowe. Vychodziłem z założenia, że biuro wyborcze nie może tylko wydawać pieniędzy – musi je także zarabiać. Sprzedawaliśmy więc gazety, książki, kasety, plakietki, znaczki, czapeczki, koszulki, nawet dmuchane, plastikowe Urbany… Kiosk notował codziennie wielornilionowe obroty (w starych zł). Niektórzy nawet dostawali zawrotu głowy, że na jednym kiosku można tyle zarobić. Schodziło codziennie po 5 tys. egzemplarzy „Gazety\Vyborczej”, 3 tys. „Tygodnika Solidarność”, po kilkaset znaczków, nalepek. Później Krzysztof Leski napisał mi dedykację na swej książce: Pierwszemu niezależnemu kioskarzowi w Europie Wschodniej...

W zastępstwie Janka Lityńskiego, który był zdecydowanie bardziej zajęty niż ja, udzielałem mnóstwa wywiadów. Najkrótszego dla „Gazety Wyborczej” – dziennikarka czekała na rozmowę ze mną ok. dwóch godzin (tyle miałem innych zajęć), w końcu zrezygnowała i zacytowała dwa moje słowa: jest obłęd…  W trakcie wyborczej krzątaniny poznałem mnóstwo zacnych osób. Pierwszym z tych, których dotąd nie znałem był Michał Boni, późniejszy minister pracy. Najbardziej polubiłem, sądzę że z wzajemnością, Yoshiho Umedę. Był całkowicie spolszczonym Japończykiem, znanym z początków „S” (biuro zagraniczne „Mazowsza”). Historyczne korzenie, łączące go z Polską były nie tylko mocne, ale i wybitnie okazałe. W naszym biurze trzymał wyborczą kasę. Kilka razy razem przyjmowaliśmy kilkutysięczne datki w dolarach na kampanię, od zagranicznych sympatyków „S”. W wygodnej willi Yoha na Żoliborzu, nieopodal mieszkania Jacka Kuronia, spotykali się wybitni intelektualiści opozycji, m.in. Konstanty Gebert (Dawid Warszawski), Józef Orzeł, Henryk Szlajfer i in. Miałem zaszczyt kilkakrotnie być prywatnie u Yoha. Nota bene, Jacek Kuroń, wówczas jako minister pracy, publicznie bronił mnie na łamach „Gazety Wyborczej”, gdy w 1992 roku działacze „S” zrobili ze mnie pierwszego więźnia politycznego III R.P.

W naszym biurze wyborczym pojawiał się m.in. Zbigniew Bujak, którego poznałem znacznie wcześniej na konspiracyjnej „skrzynce” (punkt kontaktowy), gdzie przyjmowałem zamówienia na druk niezależnej prasy wraz z ówczesną studentką Joanną Kluzik – Rostkowską, późniejszą minister pracy, następnie edukacji. Całkiem przypadkiem natknąłem się na Tomasza Jastruna, którego teksty nader chętnie, z uwagi na barwność i intelektualną głębię, czytywałem w paryskiej „Kulturze”. Był też u nas prof. Zbigniew Brzeziński, niegdyś doradca Jimrny”ego Cartera, prezydenta USA. Wielkie wrażenie wywarł na mnie bardzo niepozorny, ale intelektualnie przenikliwy Ryszard Bugaj.

Całkiem prywatnie wsparłem wtedy także kampanię wyborczą, poznanego dużo wcześniej, bodaj w mieszkaniu Jacka Kuronia Adama Michnika, który kandydował do Sejmu z Piekar Śląskich. Pojechałem tam jednej nocy z materiałami wyborczymi idatkami na kampanię. Prosto do mieszkania znanego śląskiego opozycjonisty Piotrka Polmańskiego (także kolportera mojego Bajtla), u którego  Adam wówczas gościł. Zatrzymała mnie wtedy za przekroczenie prędkości PRL-owska drogówka. Skończyło się tylko na mandacie, choć nie potrafili zrozumieć, dlaczego mają puścić dalej samochód wyładowany „antypaństwowymi” plakatami. Na szczęście zaświadczenie z biura wyborczego „S” zrobiło na nich odpowiednie wrażenie.



Ósmego maja 1989 roku ukazał się pierwszy numer Gazety Wyborczej. Zaczęliśmy ją sprzedawać jako pierwsi w kraju, kolejka była aż od biura do ul. Koszykowej! Opisałem to w specjalnym numerze nielegalnej „Rzeczypospolitej Samorządnej”: „Poniedziałek, 8 maja, godzina  druga  w  nocy.  Gnamy samochodem  do  redakcji  «Gazety Wyborczej». Dziś ma zejść z maszyn drukarskich pierwszy, historyczny numer. Gazety jeszcze nie ma, w drukarni tzw. poślizg. Dopiero nad ranem spore paki z gazetą gorączkowo ładujemy do taksówki. Taksiarz przymilnie prosi o chociaż jeden egzemplarz: Panie, gdzie ja potem to kupię?! Przed siedzibą Warszwskiego Biura Wyborczego, ulokowane go w dawnej kawiarni «Niespodzianka», dość duży tłumek oczekujących. Gdzie,jak gdzie, ale w Biurze Wyborczym «Gazeta Wyborcza» musi być! Mamy tę przewagę nad innymi, że dysponujemy własnym kioskiem, wydzierżawionym od «Ruchu». Ktoś potem powie, że jest to pierwszy niezależny kiosk w bloku wschodnim. Czuje się więc powiew Historii…

Sprzedaż zaczyna się tuż przed dziewiątą. Kolejka liczy prawie 100 metrów,  a  jej   długość  wcale nie  maleje.  Ludzie   kupują   po  kilka egzemplarzy:  dla  znajomych,  kolegów  z  zakładu  pracy,  dla  KIK-u, duszpasterstwa… Każdy ma świadomość pewnej misji:  chodzi przecież o  to,  aby  pojedynczy  egzemplarz  dotarł  do jak   największej  liczby czytelników.  Pieniądze  i  gazety  wędrują  z  rąk  do  rąk.  Ale  sposób sprzedaży jakby inny: «proszę», «dziękuję», «powodzenia», «nie dajcie się», «musimy wygrać». Niby  banalne słowa, ale odczuwa się ogromną sympatię  kupujących.  Kolejka   wciąż   ogromna.   Oprócz   «Gazety» w sprzedaży znaczki i nalepki «S». Idą jak przysłowiowa woda. Zbieramy reprymendy: że nakład za mały, gazeta za «chuda», że gdzie indziej nie można jej kupić… Pojawiają się pierwsi dziennikarze krajowi  i zagrani­czni,  pierwsze ekipy  telewizyjne.  CBS filmuje  sprzedaż «Gazety»  od wewnątrz. Ludzkie twarze przyklejone do szyby, ciągłe pytania: «Czy dla nas  wystarczy?»  Na  półce  układamy  właśnie  książki  wydawnictwa «MYŚL».  Są i  inne. W bieżącej sprzedaży  kilka  kolejnych  numerów paryskiej «Kultury». Nierzadkie są zakupy «wszystkiego po jednej sztuce». Kilkutysięczny stos «Gazety» szybko się zmniejsza. Po dziesięciu godzinach na «placu boju» zostaje duża gromadka zawiedzionych. Sześć tysięcy egzemplarzy na jeden kiosk to stanowczo za mało”.

Pobierz pierwszy numer Gazety Wyborczej (pdf)


Byłem w swoim żywiole; bez przerwy coś się działo. Czasami musiałem przekroczyć swoje kompetencje. Tak było ze słynnym plaka­tem wyborczym „S”, przedstawiającym rewolwerowca, dzierżącego zamiast broni kartkę wyborczą, z napisem u dołu: „W samo południe, 4 czerwca 1989”. Trust mózgów, obradujący nieprzerwanie w pod­ziemiach „Niespodzianki”, odrzucił ów projekt plakatu jako nietrafny. Zdecydowałem na własną rękę, że jest dobry i musi być wydrukowany (po latach okazało się, że kilka osób opowiada, że to była ich decyzja, akurat mnie tego nie wmówią). Jechał wtedy któryś z emisariuszy „S” bodaj do Włoch; dałem mu więc ten projekt z kowbojem. Gdy powróciły gotowe plakaty, mogłem sobie gratulować – wywołały niesamowitą furorę! Na czarnym rynku płacono za egzemplarz „kowboja ” ok. dziesięciu dolarów! To była wtedy spora sumka. Odłożyłem kilkanaście z nich, ale co chwila jakiś znany oppzycjonista błagał, żeby mu go dać. Zostawiłem sobie tylko 2 egz. „plakatu z kowbojem”. Jeden z ostatnich egzemplarzy plakatu podarowałem ambasadzie USA w Warszawie – dla przyjeżdżającego do Polski prezydenta USA Georga Busha. Odwdzięczyli się amerykańskim T-shirtem, z wielkim logo „S” (mam go do dziś). Klejeniem plakatów oraz kolportażem rozmaitych, solidarnościowych ulotek, zajmowała się młodzież z warszawskich szkół średnich, nawet z podstawówek. Chłopcy dawali z siebie wszystko, przeważnie nocami biegając z wiadrami kleju i rulonami papieru po stolicy. Kleili nasze plakaty prawie noc w noc…

Któregoś wieczoru zaskoczył mnie plakat dotąd mi nie znany – powielana  techniką kserograficzną, powiększona notatka z „Życia Warszawy”. Dotyczyła pięćdziesięciomandatowej tzw. listy krajowej. Powiększony do rozmiarów gazety, maleńki wycinek prasowy miał znaczenie dynamitu. Była to odpowiedź redakcji na pytanie czytelnika, co się stanie z listą krajową, jeśli nie uzyska ona, założonego w ordynacji wyborczej, 50-procentowego minimum? Próg ten ustalono na idiotycznie wysokim poziomie, zresztą zupełnie niepotrzebnie – na liście krajowej nie było kandydatów „S”, a nasz sukces wyborczy limitowały ustalenia o możliwości obsadzenia 35% w Sejmie i 100% w Senacie. Redakcyjna odpowiedź była prosta: prawdopodobnie lista „nie przejdzie”. Zawierający tę sensację nasz plakat wyborczy „MOŻE ICH BYĆ MNIEJ” zawierał wezwanie do skreślania kandydatów listy krajowej! Decyzję o takim kierunku kampanii wyborczej oraz o wyprodukowaniu „antylistowych” plakatów podjął, nie pytając nikogo o zdanie, przyjaciel Hołdysa – Seweryn Reszka. W efekcie masowych skreśleń lista krajowa padła (przeszli tylko: Mikołaj Kozakiewicz i Adam Zieliński). Konieczna była druga tura wyborów. W sporej mierze „zawdzięczamy” to krótko­wzroczności pana Seweryna. Nie był na tyle przytomny na umyśle, by dostrzec, że takim postępowaniem znacznie i niepotrzebnie wybiega przed orkiestrę, kwestionując ustalenia „okrągłostołowe”….

Tuż  po  pierwszej  turze  „S” zmuszona  była zatem –  w  związku z „okrągłostołowymi” ustaleniami – do wykonania dziwnych manewrów z listą krajową. Jeszcze wcześniej musieliśmy „nie zauważyć” dziwnej instrukcji wyborczej władz PRL, pokrętnie interpretującej skreślenia na liście krajowej (ale i tak nic to im nie dało). Nasi wyborcy byli bardzo wzburzeni. Przed dzielnicowymi biurami wyborczymi „S” w Warszawie zgromadzili się ludzie, wykrzykujący niepochlebne opinie o liderach „S”. Najłagodniejszym okrzykiem było: „ZDRADZILIŚCIE NAS!” Wszystkie te pretensje powinny być kierowane raczej do pana Reszki, ale on nie rozumiał co narobił – choć intencje miał dobre. Szefowie warszawskiej kampanii wyborczej „S” nie zauważyli, kto jest winien tego zamieszania. Nie wiem, czy wiedział o tym Zbigniew Hołdys. Ale to właśnie on wymyślił znaną chorągiewkę, wynurzającą się etapami z czerwieni: 35%, 50%. Seweryn Reszka wsławił się równie nośnym symbolem: budzikiem o wskazówkach z biało – czerwoną chorągiewką, z godziną ustawioną na „za pięć dwunasta”. To był właśnie taki czas – musieliśmy wygrać!

Ryszard M. Zając


dokumenty oraz wewnętrzne rozliczenia finansowe biura wyborczego „S” w Warszawie:


zobacz artykuł „Rzeczpospolitej” z 4 czerwca 2001 – „Nikt już nie pyta o Niespodziankę”: